
Kiedyś ludzie byli jakby mniejsi niż teraz. Mniej robili wokół
siebie szumu i niewiele od świata się domagali. Powszechnie żyły
wtedy między ludźmi diabły. Te diabły były nieduże i niezbyt
groźne, żeby ludzi nie straszyć. Jeden taki, niewielki
diabeł-niediabeł, imieniem Gadacz, mieszkał w jaskini nad
strumieniem, niedaleko brzegu Wisły.
Jaskinia była sucha i bez przeciągów, zimą wewnątrz było odrobinę
cieplej niż na zewnątrz a latem odrobinę chłodniej niż w pełnym
słońcu. Była to jaskinia w sam raz dla diabła - po prostu
"Bajka".
Całymi dniami Gadacz zasiadał w jaskini, na kamiennym stołku i
bębnił kością w wielki płaski bęben. Wydawał przy tym dziwne
dźwięki: wył, mruczał, mlaskał i cmokał. Nikt tego nie rozumiał ale
to normalne, bo to było, zdaje się, po diabelskiemu. Ale jeśli ktoś
zadawał diabłu jakieś pytanie, to dostawał jasną i pewną odpowiedź
zupełnie po ludzku.
Opowieści o Gadaczu niosły się nawet jeszcze dalej niż to jego
bębnienie. Zewsząd ściągali do niego ludzie. Pytali od rana do nocy
o żywych i umarłych, pytali o zwierzęta i rośliny, pytali o to, co
stracili – jak odzyskać, pytali o to co mieli – jak zachować i
pomnożyć, pytali i pytali a diabeł gadał, gadał, gadał ...
Zwyczaj był taki, że każdy coś mu zostawiał za odpowiedzi na swoje
pytania. Ale ile by mu ludzie nie zostawili, to jaskinia diabła
Gadacza była wciąż tak samo pusta, bo niczego nie gromadził tylko
zaraz rozdawał. Często ludzie o tym myśleli ale nikt nie miał
pojęcia czy Gadacz w ogóle czegokolwiek potrzebuje. Stale był
ubrany w te same ubrania, nie widziano go żeby jadł. Szeptano
ukradkiem, że żre robaki i czerwony grzyb, którym truje się muchy
ale to były tylko takie sobie plotki.
Od czasu do czasu diabeł gdzieś przepadał. Ot, siedzi sobie i
bębni, coś sobie mamle pod nosem po diablemu i nagle przerywa.
Zarzuca bęben na plecy, wychodzi z jaskini, wspina się na pobliskie
drzewo i znika wśród liści. Wyśledzono, że Gadacz podróżuje skacząc
po czubkach drzew, bo tak było mu szybciej.
Ludzie przywykli do tych zniknięć diabła i nauczyli się
rozpoznawać, kiedy jest u siebie a kiedy jaskinia jest pusta.
Czas nie stał w miejscu. Z daleka nadchodziły zmiany jak pędzone
wiatrem chmury. O bębnieniu diabła słuch dotarł do biskupa Stefana,
który zasiadał na tronie w Gnieźnie. Od kiedy się o Gadaczu
dowiedział, to nie mógł sobie znaleźć spokojnego miejsca.
Powtórzono mu niektóre gadki diabła. Były mu one wyraźnie nie w
smak. Biskup Stefan był człowiekiem złym ale nie głupim i rozumiał,
że ten niewielki diabeł jest wielkim problemem. Odciąga ludzi od
Kościoła i miesza ludziom w głowach. W tajemnicy udał się pewnej
wiosny do jaskini Gadacza. Ledwie się przecisnął do środka a już
bez wielkich wstępów przemówił do diabła:
„Siedzisz w swojej jaskini i o nic nie dbasz. Odpowiadasz, zgodnie
z prawdą, na każde pytanie. Ale czy prawda daje szczęście? Czy
zawsze ten, kto zna prawdę jest mądry? Może czasem lepiej wierzyć
niż wiedzieć? Ty jesteś tym, co stare, ja jestem tym, co nowe -
dobrze, żeby stare ustąpiło miejsca nowemu.”
Diabeł Gadacz bębnił sobie dalej, kiedy odpowiadał:
„Widzę ciebie na wylot i nie mam złudzeń co do twoich intencji. Ale
w jednym się nie mylisz. Nie cofnę kijem Wisły”.
Tak się rozstali i chociaż nic się nie wydarzyło, to po kolejnym
nowiu księżyca Diabeł Gadacz zniknął na dobre z okolicy. Ludzie
jeszcze jakiś czas przychodzili i sprawdzali czy może wrócił. Ale
jaskinia była pusta i bez życia.
W dalekim Gnieźnie Biskup Stefan na jednym z kazań opowiedział z
ambony, jak dzięki ciężkim postom, żarliwym modlitwom i święconej
wodzie wypędził diabła Gadacza.