
Działo się to setki lat po obaleniu królów. Minęły pokolenia i znów po nasze ziemie sięgały z daleka niewidzialne ręce.
Pojawili się misjonarze. Przekonywali, że żyliśmy dotąd bez wiedzy. Powiedzieli, że nie znamy prawdziwego boga. Namawiali, żebyśmy odwrócili się plecami do starych bogów, bo ich języki są rozdwojone. "Wszędzie wokół was świat jest już nowy a wy ciągle żyjecie starym". Powiedzieli, że używamy nierozumnych słów i nasze myśli są od tego nierozumne.
Kiedy nie stawiliśmy im oporu, to poczęli zachowywać się zuchwale. Wywrócili mur, który ogradzał święte wzgórze Morany i rozbili jej ołtarz. Z uzyskanych tak kamieni i białego błota zaczęli budować wielki dom dla swojego boga i wokół porozwieszali swoje gwieździste chorągwie.
Kiedy wielki kamienny dom rósł na naszych oczach, to niektórzy byli oburzeni, inni się przerazili, a jeszcze innym podobały się zmiany.
I nastał jeden dzień, kiedy z jasnego nieba uderzył grom. Ziemia zadrżała a wzgórze się rozdarło. Trysnęły wody i na miejscu wzgórza pojawiło się jezioro.
A powierzchnia tego jeziora była skuta lodem przez dwa lata nawet w największe upały. I dopiero w trzecim roku wody zaczęły rozmarzać.
Byli tacy, co mówili, że tak odeszła od nas Morana. Inni znów powiedzieli, że to normalna rzecz: było wzgórze a jest jezioro - mało to wzgórz albo jezior pod niebem?
Jednak to jezioro nie do końca jest jak zwykłe jezioro: nie ma dna i nie ma w nim życia. A kiedy nad jego brzegiem mówisz, to z twoich ust unosi się mgła, która miesza się z resztą mgły kłębiącej się stale nad wodami.
Mój dziadek powiedział, że nawet gdy coś się zmienia w jeden dzień i jedną noc, to nabrzmiewało w ciągu wielu dni i wielu nocy. A przeklęci są ci, którzy to rozumieją.