Egoistyczny baner

POWRÓT DO DOMU

Ukryty Kamień

Kiedy Wojtek był małym chłopcem chował się pod stołem w pokoju pradziadka. Pradziadek był mądry i stary, miał ponad sto lat. Leżał w łóżku i czekał na śmierć. Ta jednak gdzieś zamarudziła. Oczekiwanie skracał więc opowiadaniem wnukowi rozmaitych historii. Jedna z nich mówiła o tym, że w pobliskim lesie, znajduje się ukryta pod ziemią komora. A w tej komorze utajony jest cudowny kamień zapewniający pomyślność całej okolicy. Strzeże od wszelkich nieszczęść i niejedna wojna przeszła bokiem dzięki jego mocy. Ukryli go tam przodkowie, żeby nie dowiedział się o nim Pan Jezus ze swoimi księżmi i żeby go nie zniszczyli jak wszystko, co od przodków.

Na koniec śmierć sobie o pradziadku przypomniała i go zabrała a Wojtek zapomniał o jego słowach. Dni mijały i mały Wojtek przemienił się w szanowanego gospodarza Wojciecha, męża pracowitej żony i ojca trójki dzieci. Wspomniał opowieść pradziadka dopiero pewnej niedzieli, gdy podczas mszy do kościoła wbiegł zając wywołując wielkie zamieszanie. Jakoś tak powiódł myśli Wojciecha ku opowieściom pradziadka.

Wieczorem Wojciech wziął łopatę i wymknął się z chałupy do lasu. Według wskazówek z opowieści, udał się do starego dębu i leżącego przy nim głazu. Za pomocą rozwidlonej gałęzi poszukał miejsce gdzie ma kopać. Po kwadransie kopania znalazł pokrywę z twardego drewna. Gdy ją podważył, to powietrze zaszumiało i zasyczało, zupełnie tak jakby ziemia westchnęła.

W tym samym momencie zgasła świeca na stole kleryka w niedalekim Mogilnie. A nie był to zwykły kleryk ale syn czarownika. Miał świadomość wielu ciemnych spraw i umiał rozpoznać ukryte znaki. Nie uszło jego uwadze, to nagłe zgaśnięcie świecy. Spod podłogi wyjął wielką magiczną księgę i zaczął szukać wyjaśnień tego zdarzenia.

Tymczasem Wojciech schodził po kamiennych stopniach w głąb ziemi. Najpierw przyświecał mu księżyc, który stał nad lasem w pełni. Ale gdy zszedł głębiej, to okazało się, że pod ziemią jest nawet widniej niż w lesie, dobrze wszystko widział, jaśniało, chociaż nigdzie nie było ani kaganka ani pochodni. Na końcu korytarza którym szedł były drzwi z żelaza. Nie miały żadnej zasuwy ani niczego za co można pociągnąć. Pchnąć też się nie dawały. Na środku miały jednak niewielki okrągły otwór. Ciekawski gospodarz włożył do niego rękę. Nagle poczuł jak coś go za tę rękę schwyciło i skaleczyło. Przestraszył się i wyszarpnął ramię. Chciał uciekać ale w tej chwili coś w drzwiach zachrupało i ze skrzypieniem drzwi powoli otwarły się na oścież. Wojciech przyczaił się, bo w każdej chwili spodziewał się ataku. Ale nic się nie wydarzyło. Mimo strachu zdecydował się iść dalej. Za drzwiami zobaczył komnatę o gładkich ścianach a na jej środku na kamiennej skrzyni leżał połyskliwy kamień wielkości pięści, gładki i przezroczysty jak bryła czystego szkła. Wojciech zawinął go w szmatkę i schował w zanadrze a potem czym prędzej opuścił to dziwaczne miejsce. Gdy opuszczał las usłyszał za sobą głośny huk i błysk i czuł że ziemia drżała pod nogami. Po powrocie do chaty kamień schował do siennika w nogach łóżka i położył się spać.

We śnie ukazał mu się archanioł Michał i powiedział, że Pan Jezus od dawna wiedział o ukrytym kamieniu i wcale mu on nie zawadza. Nawet jest zadowolony z jego mocy, bo dzięki kamieniowi niebo ma mniej kłopotów z całą okolicą. Źle, że Wojciech go zabrał, bo podli ludzie wpadli teraz na jego ślad. Żeby wszystko zostało po staremu, kamień trzeba na powrót dobrze ukryć.

Gospodarz nie był aż tak religijny, żeby uwierzyć aniołowi na słowo. Pamiętał, co o ukryciu kamienia mówił pradziadek. Ale na dniach okazało się, że rzeczywiście jacyś tajemniczy ludzie rozkopali polanę w lesie i wydobyli żelazne drzwi spod ziemi. Potem wywieźli je do Mogilna dla dokładnego zbadania. Pozostałe po budowli kamienie szybko roztaszczyli okoliczni chłopi na fundamenty chat. Wojciech zrozumiał, że kamienia nie ma dokąd odnieść, bo komnata w lesie już nie istnieje.

W nocy we śmie przyszedł do niego pradziadek i obaj aż do rana dumali przy wódeczce, nad ukryciem kamienia. Po wielu toastach tuż przed pierwszym pianiem koguta plan był gotowy.

W najbliższą niedzielę Wojciech udał, że jest niezdrów i został w chacie. Kiedy cała okolica modliła się z Panem Jezusem w kościele, to wyjął kamień z siennika i schował go w dziupli starej gruszy, która rosła na miedzy. Dziuplę dla niepoznaki dobrze zalepił gliną i uspokojony wrócił do chaty.

Czas był najwyższy, bo już w poniedziałek kręcił się po okolicy ów kleryk z Mogilna i wypytywał ludzi czy aby nie widzieli czegoś niezwykłego w ostatnich dniach: jakichś figli diabelskich, jakichś dziwnych wydarzeń? Wojciech widział go kilka razy koło swojej chałupy i zauważył, że ciekawie na nią spogląda. „A gap się, gap! I tak niczego nie wygapisz”. W końcu kleryk dał za wygraną i przestał się pojawiać w okolicy. Widocznie stara grusza miała swoje sposoby, by dochować tajemnicy.

Na wiosnę drzewo jakby ożyło i miało wręcz bezbożnie dużo kwiatów. Latem dało jednak jak zwykle cierpkie i robaczywe gruszki. Jednak te gruszki miały teraz taką właściwość, że każdy kto ich skosztował zapominał o jakiejś swojej chorobie. Wieść się o tym jednak nie rozeszła. Nikt nie był wdzięczny za to co otrzymał, bo o darze gruszy nie wiedział. No i pięknie..